Do Grecji autokarem - dalszy ciąg
Dzień 4

Rano pierwsze śniadanie, potem przeszliśmy się po ośrodku robiąc nasze pierwsze pamiątkowe zdjęcia… Cały wolny dzień i pierwsze szaleństwa słoneczne. Tego dnia większość osób przesadziła z opalaniem, dlatego większość kremów na oparzenia i balsamów po opalaniu zostało dziś całkowicie wykorzystanych. Prawie wszyscy chodzili jak by mieli kije za plecami, gdyż albo przód albo plecy mieli lekko poparzone od słońca. Mimo to wszyscy bardzo miło wspominaliśmy te gonitwy w poszukiwaniu coraz to lepszego kremu, który choć na trochę uśmierzyłby ból…

Nie przeszkodziło to nam jednak wybrać się na wieczorny spacer do jedynego sklepu w naszym miasteczku. Psathopyrgos jest małym miasteczkiem, oddalonym ok. 20 km od portu w Patrze, położone tuż nad malowniczą zatoczką na zatoce korynckiej… Droga do sklepu, cały czas brzegiem morza jest również malownicza, gdyż cały czas idzie się promenadą pomiędzy drzewami oliwnymi, a małymi typowymi dla Grecji zazwyczaj rodzinnie prowadzonymi restauracyjkami. Plaża jest kamienista i dość wąska, a woda jest tak czysta i kryształowa, że z daleka widać kolonie jeżowców i przemykające się ławice rybek.

Dzień 5

Na ten dzień w planach była półdniowa wycieczka do miasta wyroczni Apollina, czyli do Delf. Płynęliśmy promem na drugą stronę zatoki Korynckiej wzdłuż budowanego już od pięciu lat mostu… ha, ha…! Czy wiecie, że…Grecy mają zasadę robienia wszystkiego JUTRO, co oznacza, że jutro znowu mówią, że zrobią jutro i tak samo ten most będzie skończony JUTRO.

Do Delf starożytnych przejeżdża się przez obecne miasto Kastri, które nie różni się wiele od każdego innego miasteczka - domy, sklepiki, restauracje… Większość wejść na tereny turystyczne kosztuje w granicach 6 euro, uczniowie do 18 roku życia wchodzą za darmo, są darmowe bilety wydawane na podstawie paszportu. Starsi uczestnicy obozu musieli trochę oszukiwać strażników, udało się przez cały obóz aby nikt (nawet opiekunowie czy pani pilot) z pełnoletnich uczestników nie płacił za wejście…

Ruiny starego miasta to w większości kolumy, dobrze zachował się jedynie niewielki znajdujący się na samym szczycie góry stadion. Zabawni są tamtejsi strażnicy, którzy jak oparzeni biegają z gwizdkami i ganiają niesfornych turystów, którzy chcieliby wejść tu i ówdzie (a nuż ktoś gwizdnie jakąś kolumnę…?). Bardzo dbają obecnie o ta kupę kamieni, strażnicy znajdują się przy każdym ciekawszym obiekcie…

Gdy przyjechaliśmy do hotelu i zeszliśmy na kolację, bardzo się wszyscy zdziwiliśmy dlaczego nie ma połowy stolików w restauracji… Potem, w czasie posiłku, zauważyliśmy, że zabierają kolejne do… ogrodu. Jak się okazało, na dzisiejszy dzień przypadało wesele córki właściciela hotelu. Gdy byliśmy na kolacji, cały personel hotelowy uwijał się nakrywając stoły UWAGA …!!! dla tysiąca gości weselnych.

Po kolacji już prawie wszystko było gotowe. Mnóstwo kwiatów, piękne lampiony, pochodnie… Zastanawialiśmy się kiedy to się zacznie, wszyscy z niecierpliwością musieliśmy wyczekać do godziny 23,00. Wtedy do ogrodu zaczęli schodzić się goście. Kilka minut po 23,00 na ciemnym już horyzoncie morza pojawiła się motorówka wioząca parę młodą. Z motorówki para młoda wyszła na pięknie ustrojony pomost. W momencie, gdy przechodzili, wzdłuż pomostu wystrzeliwały w górę dziesiątki iskrzących jak zimne ognie fajerwerków… Potem przeszli drogą między lampionami, doszli nad basen, gdzie czekał na nich szampan i tort. Odtańczyli swój pierwszy taniec po ślubie, a w tym czasie całe niebo pokryło się fajerwerkami, było głośniej niż na sylwestra, a widoki były naprawdę wspaniałe… Potem para młoda poszła do gości, a my udaliśmy się do hotelu.

Czytaj dalej...
© ergo-media 2008 Wszelkie prawa zastrzeżone